Analiza szczytu BRICS w Rio. Szczyt obnażył głębokie pęknięcia w bloku i pokazał, że nie jest to antyzachodni sojusz, jakiego chcą Rosja i Chiny.
Szczyt BRICS w Rio obnaża pęknięcia w bloku. To nie jest antyzachodni sojusz, jakiego chciałyby Rosja i Chiny.

Szczyt grupy BRICS, który odbył się w Rio de Janeiro w dniach 6-7 lipca, miał być kolejną demonstracją siły i jedności bloku wschodzących potęg, rzucającego wyzwanie Zachodowi. Zamiast tego, jak zauważa Natalie Sabanadze, starsza analityczka programu Rosja i Eurazja w prestiżowym brytyjskim think tanku Chatham House, spotkanie obnażyło głębokie pęknięcia i strategiczne rozbieżności w sercu organizacji. Analiza wydarzeń z Rio pokazuje, że BRICS jest daleki od bycia spójnym, antyzachodnim sojuszem, a jego przyszłość stoi pod znakiem zapytania. To nie jest blok, jakiego w swoich imperialnych wizjach pragną Władimir Putin i Xi Jinping, lecz raczej forum transakcyjnego multilateralizmu, którego granice właśnie zostały brutalnie odsłonięte.
Szczyt bez dyktatorów. Jak nieobecność Putina i Xi zmieniła ton spotkania.
Najbardziej wymownym aspektem szczytu w Rio była nieobecność dwóch najważniejszych liderów autorytarnego skrzydła BRICS. Władimir Putin, na którym ciąży międzynarodowy nakaz aresztowania wydany przez Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK), unika podróży i ograniczył się jedynie do krótkiego, pozbawionego energii wystąpienia wideo. Z kolei przywódca Chin, Xi Jinping, po raz pierwszy od objęcia władzy w 2012 roku opuścił szczyt BRICS, oficjalnie powołując się na konflikt w harmonogramie.
Ta próżnia na szczycie została natychmiast wypełniona przez liderów dwóch największych demokracji w bloku: prezydenta Brazylii Luiza Inácio Lulę da Silvę oraz premiera Indii Narendrę Modiego. To oni nadali ton obradom, a ich interesy znacząco różnią się od konfrontacyjnej postawy Moskwy i Pekinu. Jak podkreśla Sabanadze w swojej analizie dla Chatham House, ani Brazylia, ani Indie nie są zainteresowane przekształcaniem BRICS w otwarty sojusz antyzachodni. Eskalowanie napięć ze Stanami Zjednoczonymi, kluczowym partnerem handlowym i technologicznym dla obu krajów, po prostu nie leżało w ich interesie.
W efekcie agenda szczytu skupiła się na tematach znacznie bardziej neutralnych: potrzebie reformy globalnych instytucji (jak ONZ i Bank Światowy), promocji zielonej transformacji oraz zacieśnianiu współpracy na linii Południe-Południe. W oficjalnych komunikatach zabrakło miejsca na antyzachodnią retorykę, co mogło być jednym z powodów, dla których Putin i Xi uznali inne zobowiązania za ważniejsze. W tle spotkania unosiła się również groźba Donalda Trumpa, który – jak przypominają media – zapowiedział nałożenie dodatkowych 10-procentowych ceł na wszystkie kraje BRICS, jeśli te zdecydują się prowadzić antyamerykańską politykę. To dodatkowo studziło zapał tych członków, dla których relacje gospodarcze z USA mają fundamentalne znaczenie.
Rosyjska wizja antyzachodniego sojuszu zderza się z rzeczywistością.
Duch i treść szczytu w Rio stały w jaskrawej sprzeczności z tym, co działo się rok wcześniej, w 2024 roku, na szczycie w Kazaniu pod przewodnictwem Rosji. Moskwa wykorzystała tamto spotkanie do celów propagandowych: chciała pokazać światu, że zachodnie sankcje i próby jej izolacji po inwazji na Ukrainę spaliły na panewce. Szczyt w Kazaniu był pełen antyzachodniej i antykolonialnej retoryki, wezwań do dedolaryzacji światowego handlu i planów stworzenia mechanizmów finansowych odpornych na zachodnie sankcje. Przyjęcie nowych członków miało dodać blokowi geopolitycznej wagi i wzmocnić go w roli głównego adwersarza zachodniej hegemonii.
Z perspektywy Kremla, BRICS jest fundamentalnie projektem antyzachodnim. Moskwa postrzega kraje Globalnego Południa – które w swojej narracji nazywa „światową większością” (ros. mirowoje bolszinstwo) – jako kluczowe narzędzie do przebudowy ładu międzynarodowego i wzmocnienia własnej pozycji na arenie światowej. Jak analizuje Sabanadze, Rosja przedstawia BRICS jako przykład „wielobiegunowego multilateralizmu” – rzekomo inkluzywnego, demokratycznego i opartego na zasadach suwerennej równości. W praktyce jest to jednak model skrojony na miarę autokracji, oparty na ograniczonych zobowiązaniach i egoistycznych interesach, wykorzystywany przez mocarstwa takie jak Rosja i Chiny do promowania alternatywnego porządku światowego. Szczyt w Rio pokazał, że ta wizja nie jest podzielana przez wszystkich członków.
Lekcja dla Iranu: Solidarność BRICS ma swoje granice.
Najlepszym studium przypadku, ilustrującym ograniczenia transakcyjnego modelu BRICS, jest sytuacja Iranu. Dla Teheranu szczyt w Rio był debiutem w roli pełnoprawnego członka. Irańska delegacja przybyła z konkretnymi oczekiwaniami: szukała dyplomatycznej solidarności i jednoznacznego potępienia Izraela oraz USA za ataki na irańskie obiekty nuklearne, w których zginęli cywile.
Rzeczywistość okazała się brutalna. Chociaż licząca 30 stron deklaracja końcowa szczytu potępiła ataki na Iran jako „niesprowokowane” i stanowiące „naruszenie prawa międzynarodowego”, co można uznać za częściowy sukces dyplomatyczny, to jednak w dokumencie zabrakło kluczowego elementu: nie wskazano z nazwy sprawców. Co więcej, wsparcie Rosji dla Iranu, zarówno w ramach BRICS, jak i dwustronnie, okazało się powściągliwe i podyktowane czystą kalkulacją. Moskwa, choć potępiła ataki, nie zaoferowała Teheranowi żadnej konkretnej pomocy ani gwarancji bezpieczeństwa. Analitycy, w tym Natalie Sabanadze, wskazują, że Rosja nie chce zaostrzać relacji z potencjalną przyszłą administracją Trumpa w sprawie Iranu, priorytetowo traktując ewentualne ustępstwa w kwestii Ukrainy. Użyteczność Iranu dla Rosji mogła również zmaleć, odkąd Moskwa uruchomiła własną produkcję dronów typu Shahed, uniezależniając się od dostaw z Teheranu.
Coraz więcej członków, coraz mniej jedności. Dylemat rozszerzonego BRICS+.
Szczyt w Rio uwidocznił fundamentalny paradoks, przed którym stanął blok: jego rozszerzenie, mające na celu zwiększenie globalnego znaczenia, przyniosło jednocześnie wzrost wewnętrznych sprzeczności. Przyjęcie do grupy w 2024 roku czterech nowych członków (Egiptu, Etiopii, Iranu i Zjednoczonych Emiratów Arabskich) sprawiło, że BRICS stał się organizacją jeszcze bardziej zróżnicowaną strategicznie, co utrudnia wypracowanie spójnej tożsamości geopolitycznej.
Co więcej, rozszerzenie podważyło fundamentalną dla retoryki bloku zasadę suwerennej równości. W praktyce doprowadziło do powstania co najmniej dwu-, a nawet trzywarstwowej struktury członkostwa:
- Rdzeń założycielski: Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA.
- Nowi członkowie: Egipt, Etiopia, Iran i ZEA, o mniejszym wpływie.
- Kraje partnerskie: Z jeszcze bardziej ograniczonymi prawami, bez prawa głosu.
Taka hierarchia stoi w sprzeczności z głoszonymi hasłami o demokratyzacji stosunków międzynarodowych i pokazuje, że w rzeczywistości dominujące mocarstwa nadal realizują własne interesy.
Platforma, która uwypukla spory, a nie je rozwiązuje.
Końcowa deklaracja ze szczytu w Rio, choć okrzyknięta sukcesem (zwłaszcza po fiasku spotkania ministrów spraw zagranicznych w kwietniu), jest dokumentem pełnym ogólników. O ile udało się osiągnąć konsensus w sprawach takich jak potrzeba reformy ONZ czy wezwania do zakończenia rozlewu krwi w Gazie, o tyle w kwestiach spornych głębsze podziały szybko wyszły na jaw.
Jak podają źródła dyplomatyczne, Egipt i Etiopia (uwikłane w spór o wodę z Nilu) zablokowały poparcie BRICS dla kandydatury RPA na stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Z kolei Iran sprzeciwił się poparciu dla dwupaństwowego rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego. W sprawie wojny na Ukrainie, deklaracja potępiła ataki na rosyjską infrastrukturę cywilną, ale dyplomatycznie uniknęła jakiejkolwiek krytyki działań Rosji.
Jak podsumowuje Natalie Sabanadze, „w miarę jak interesy narodowe przeważają nad zobowiązaniami wielostronnymi, a różnorodność hamuje powstawanie spójnej tożsamości geopolitycznej, BRICS nie jest platformą do niwelowania różnic. Jeśli już, to je uwypukla”. Szczyt w Rio dobitnie pokazał, że granice czysto transakcyjnego multilateralizmu, opartego wyłącznie na doraźnych interesach, zostały osiągnięte.








