90 dni od „Dnia Wyzwolenia”: Co osiągnął Trump? Podsumowanie

Analiza 90 dni od „Dnia Wyzwolnia” Trumpa. Podsumujmy skutki ceł dla USA: rosnący deficyt, koszty dla konsumentów i niszczenie relacji.

Mija dokładnie 90 dni od „Dnia Wyzwolenia”, odkąd administracja prezydenta Donalda Trumpa wstrzymała wdrożenie radykalnej polityki celnej, ogłoszonej 2 kwietnia jako „Dzień Wyzwolenia”. Ten okres, który miał posłużyć do intensywnych negocjacji handlowych z blisko 60 krajami i blokami handlowymi, dobiega końca, a rynki finansowe i partnerzy międzynarodowi z niepokojem oczekują na kolejne kroki Białego Domu. Zapowiedziane cła, mające być najszerszą podwyżką taryf w Stanach Zjednoczonych od niemal stu lat, zostały przedstawione jako narzędzie do osiągnięcia pięciu kluczowych celów: reindustrializacji kraju, redukcji deficytów handlowych, walki z nieuczciwymi praktykami, ochrony bezpieczeństwa narodowego oraz zwiększenia wpływów do budżetu. Zwolennicy polityki prezydenta widzieli w niej historyczną szansę na zresetowanie globalnych reguł gry. Z drugiej strony, krytycy – od ekonomistów po liderów biznesu – ostrzegali przed ryzykiem globalnej wojny handlowej i przeniesieniem kosztów na amerykańskich konsumentów, co miało miejsce w przypadku ceł z okresu pierwszej kadencji, jak udokumentowało Biuro Budżetowe Kongresu. Koncepcja tak szeroko zakrojonych barier handlowych, przypominająca realne propozycje uniwersalnego cła w wysokości 10%, od początku budziła skrajne emocje. W tym artykule dokonujemy podsumowania, analizując, co faktycznie udało się osiągnąć w ciągu ostatnich trzech miesięcy i jakie są realne perspektywy dla amerykańskiej i światowej gospodarki.

Fiasko negocjacji? Wielkich umów handlowych wciąż nie widać

Głównym celem 90-dniowej pauzy było, według Białego Domu, wynegocjowanie „wielkich i pięknych” umów, które miały zrównoważyć relacje handlowe Ameryki. Jednak z końcem tego okresu bilans jest daleki od oczekiwań. Administracja, zamiast ogłosić sukces, przesunęła ostateczny termin na 1 sierpnia. Sekretarz Skarbu Scott Bessent tłumaczył to „zatorami w końcowej fazie rozmów”, argumentując, że opóźnienie daje prezydentowi „maksymalną dźwignię”. Jednak większość ekspertów handlowych podkreśla, że złożone umowy międzynarodowe rzadko kiedy są finalizowane w tak krótkim czasie, co jest dobrze udokumentowaną zasadą w dyplomacji handlowej. Brak realnych przełomów podważa tezę o rosnącej sile przetargowej USA. Do tej pory ogłoszono jedynie dwa porozumienia. Pierwsze, z Wielką Brytanią, jest zaledwie ramowym dokumentem otwierającym drogę do przyszłych rozmów i utrzymuje bazową, 10-procentową stawkę celną. Drugie, z Wietnamem, pozostaje owiane tajemnicą – jego tekst nie został opublikowany, co jest nietypowe w relacjach z partnerem, z którym wymiana handlowa w ostatnich latach dynamicznie rosła. Prezydent Trump ogłosił na portalu Truth Social, że cła na import z Wietnamu wzrosną do 20%, podczas gdy doradcy ekonomiczni chwalili umowę jako „skrajnie jednostronną” na korzyść USA. Taki styl, oparty na publicznej presji i groźbach, jest charakterystyczny dla podejścia biznesowego prezydenta do dyplomacji, ale zniechęca partnerów do podejmowania rozmów o kompleksowych, stabilnych reformach, zamiast tego skłaniając ich do gry na czas.

Niepokój na Wall Street: Jak polityka celna zachwiała rynkami finansowymi

Gdy 2 kwietnia ogłoszono „Dzień Wyzwolenia”, rynki finansowe zareagowały natychmiastowym wstrząsem. Chociaż późniejsza 90-dniowa pauza przyniosła chwilowe uspokojenie, ostatnie trzy miesiące upłynęły pod znakiem fundamentalnej niepewności, która zmusiła inwestorów do ponownej oceny ryzyka związanego z amerykańskimi aktywami. Inwestorzy na całym świecie zaczęli głośniej zadawać pytania o filary globalnego systemu finansowego, w tym o przyszłość dolara jako głównej waluty rezerwowej oraz status amerykańskich obligacji skarbowych jako najbezpieczniejszej przystani dla kapitału. Analitycy tacy jak Rebecca Patterson z CFR wskazują, że choć giełdy w USA odrobiły część strat, nie oznacza to końca strategicznych zmian w globalnych portfelach. Wielkie instytucje finansowe, reagując na ryzyko polityczne i jego wpływ na gospodarkę, zaczęły dywersyfikować swoje aktywa. Dobitnym przykładem jest sytuacja z drugiego kwartału 2025 roku, gdzie niemiecki indeks giełdowy DAX zyskał w tym okresie 30% w ujęciu euro, podczas gdy amerykański S&P 500 wzrósł zaledwie o 1,5%. To pokazuje, że kapitał szuka bardziej przewidywalnych i niedowartościowanych rynków, nawet jeśli gospodarka USA pozostaje nominalnie silna. Te zmiany to nie tylko liczby na giełdowych tablicach – mają one realny wpływ na życie obywateli poprzez wahania kursów walut, kosztów obsługi długu publicznego oraz oprocentowanie kredytów hipotecznych, co dobitnie ilustruje, jak nierozerwalnie polityka handlowa łączy się ze stabilnością finansową.

Paradoks ceł: Przemysł nie wraca, a deficyt handlowy rośnie

Dwa filary, na których opierała się ekonomiczna obietnica „Dnia Wyzwolenia” – powrót miejsc pracy w przemyśle i redukcja deficytu handlowego – po 90 dniach wyglądają wyjątkowo chwiejnie. Z perspektywy administracji, cła miały skłonić firmy do masowego powrotu do Stanów Zjednoczonych. Jednak, jak ostrzegają analitycy branżowi, przenoszenie globalnych łańcuchów dostaw to proces trwający latami, a nie miesiącami, dodatkowo hamowany przez braki na rynku pracy i fakt, że nowe cła podnoszą koszty importu maszyn i komponentów niezbędnych do budowy fabryk. Jeszcze bardziej paradoksalne wyniki widać w danych o handlu zagranicznym. Zamiast maleć, deficyt handlowy w towarach w pierwszych pięciu miesiącach 2025 roku gwałtownie wzrósł, osiągając 650 miliardów dolarów – o 175 miliardów więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Większość ekonomistów jest zgodna, że na bilans handlowy wpływają przede wszystkim czynniki makroekonomiczne, takie jak różnica między krajowymi oszczędnościami a inwestycjami, a nie wysokość ceł. Przyczyną obecnego wzrostu deficytu jest fakt, że w oczekiwaniu na taryfy importerzy masowo sprowadzali towary na zapas. Firmy farmaceutyczne, jak Eli Lilly, przyspieszyły dostawy leków z europejskich fabryk, by uniknąć ceł. Zjawisko to, polegające na wyprzedzającym imporcie, zaobserwowano już podczas wojen handlowych w latach 2018-2019. W rezultacie polityka, która miała uzdrowić bilans handlowy, w krótkim terminie jedynie pogłębiła problem.

Niezamierzony efekt: Jak cła szkodzą sojusznikom i wzmacniają Chiny

Na arenie międzynarodowej polityka celna „Dnia Wyzwolenia” przynosi skutki, które można uznać za odwrotne do zamierzonych. Zamiast izolować swojego głównego rywala, Stany Zjednoczone zdają się go wzmacniać, jednocześnie alienując swoich najbliższych partnerów. Z perspektywy Pekinu, amerykańska presja jest strategicznym darem, który uzasadnia i przyspiesza realizację długoterminowych celów, takich jak technologiczna samowystarczalność i uniezależnienie się od dolara. Zamiast paniki, wojna handlowa napędza w Chinach patriotyzm gospodarczy i mobilizuje zasoby w kluczowych sektorach, od sztucznej inteligencji po produkcję półprzewodników. Partia Komunistyczna przedstawia amerykańskie działania jako dowód na słuszność tezy Xi Jinpinga o „niespotykanych od stulecia zmianach” i konieczności budowy własnej potęgi. Równocześnie, najbliżsi sojusznicy Waszyngtonu czują się traktowani jak adwersarze. Jak wynika z niedawnego sondażu Ipsos, większość obywateli w dwunastu kluczowych krajach sojuszniczych uważa, że polityka ekonomiczna Trumpa ma negatywny wpływ na ich relacje z USA. Skutkiem jest rosnące poparcie dla koncepcji europejskiej autonomii strategicznej, w ramach której Europa dąży do budowy własnych zdolności w kluczowych sektorach. Ten proces erozji zaufania nie jest nowy; rozpoczął się już w czasie pierwszej kadencji, gdy cła na stal i aluminium pod pretekstem bezpieczeństwa narodowego uderzyły w najbliższych partnerów Waszyngtonu. W efekcie, zamiast budować szeroką koalicję, Stany Zjednoczone ryzykują samotność na scenie światowej, podczas gdy inne mocarstwa starają się zapełnić powstałą próżnię.

Bilans 90 dni: Więcej strat niż zysków

Podsumowując 90-dniowy okres od „Dnia Wyzwolenia”, bilans polityki celnej prezydenta Trumpa wydaje się jednoznacznie negatywny. Analiza kluczowych celów administracji w konfrontacji z rzeczywistymi danymi i opiniami ekspertów pokazuje, że obietnice w dużej mierze pozostały na papierze. Zamiast przełomowych umów handlowych, świat był świadkiem dyplomacji opartej na groźbach, która zniechęciła partnerów. Zamiast renesansu przemysłu i redukcji deficytu, gospodarka zmaga się z rosnącym zadłużeniem handlowym i niepewnością inwestycyjną. Jedynym wymiernym sukcesem, na który wskazuje Biały Dom, jest rekordowy wzrost wpływów z ceł do budżetu. Jednak jest to argument zwodniczy. Liczne badania, w tym te prowadzone przez Narodowe Biuro Badań Ekonomicznych (NBER), dowodzą, że koszty taryf niemal w całości ponoszą amerykańscy importerzy i konsumenci poprzez wyższe ceny. Tym samym, rzekomy zysk budżetu jest w rzeczywistości ukrytym podatkiem nałożonym na własną gospodarkę, który dodatkowo osłabia jej konkurencyjność. Wraz z upływem pierwotnego terminu i nową datą graniczną wyznaczoną na 1 sierpnia, kluczowe pytanie pozostaje bez odpowiedzi: czy administracja jest gotowa ponieść długoterminowe koszty strategiczne i gospodarcze w imię polityki, która – jak na razie – przynosi więcej szkód niż korzyści.

Źródło zdjęcia Jonathan Simcoe na Unsplash

Konrad Stec

Konrad Stec